uczennica klasy IIa

Praca wyróżniona w XXVIII Międzynarodowym Konkursie Literackiej Twórczości Dzieci i Młodzieży – Słupsk 2012

 

Dotknąć motyla

Wstałam po szóstej. Ranek był jak zwykle ciemny i bury. „I znowu” -pomyślałam, ale szybko uświadomiłam sobie, że przecież nie będzie tak źle. O ile on będzie w szkole. O ile się uśmiechnie, spojrzy spod swoich bystrych brązowych oczu. Tak, jestem zauroczona, a wręcz zamroczona… Nic mi w nim nie przeszkadza. Jest idealny, chociaż Alka mówi, że do ideału mu daleko i że on nie zwraca na mnie uwagi. Nie słucham jej. Po prostu zwyczajnie mi zazdrości. Mnie wystarczy, że powie „cześć” albo „co  było zadane?”. Czuję się wtedy wniebowzięta. Właściwie to bez powodu, bo przecież wiem, że Jacek nie odwzajemnia mojego uczucia. Staram się i nic. To jest czasami straszne, kiedy wszędzie widzę jego imię, jego twarz, gdy się śmieje… Jego obraz prześladuje mnie całymi dniami, w każdej wolnej chwili, każdej wolnej myśli. A z tym imieniem jest najgorzej. Widzę je często przypadkiem w gazecie, słyszę w radiu, w telewizji. Czy ktoś kiedyś zastanawiał się nad zdefiniowaniem zakochania? Chyba tak, ale dokładnej definicji nie ma. Szukałam. Przecież w nauce wszystko ma swoje wytłumaczenie.

No i tak na tych rozmyślaniach minęło pół godziny. O nie, spóźnię się do szkoły! Szybko ubrałam się, zjadłam, umyłam się i wyszłam. Doszłam w dwadzieścia minut, przecież mam blisko. Ledwo zdążyłam przed hałaśliwym odgłosem dzwonka, który mnie całkiem dobudził. Zauważyłam Jacka. Uśmiechnęłam się i poszłam dalej. Zastanawiało mnie jedynie to, że Jacek tym razem nie szedł z Olką, przecież byli parą. Zamieniłam parę słów z Alką, która wytłumaczyła mi, że całą klasę obiegła informacja o zerwaniu ze sobą Jacka i Olki. Usiadłam w ławce. Po mojej prawej stronie usiadł Jacek.

Minęła fizyka, historia normalnie. Na języku polskim dostałam czymś w plecy. Odwróciłam się gwałtownie jakby uderzona czymś twardym i ciężkim. Podniosłam z ziemi zawiniątko. Odwinęłam. Wiadomość była zaadresowana do mnie od Jacka. Cytuję: „Cześć, to ja Jacek. Masz dzisiaj po szkole czas? Chciałbym z tobą porozmawiać. Może spotkamy się w parku pod tą wielką topolą o godzinie czternastej? Kiwnij głową na znak, bo istnieje duże ryzyko odczytania tej kartki.”. Oczywiście odkiwnęłam głową potwierdzająco. Odwróciłam się, opowiedziałam wszystko Alce. Obie byłyśmy zdziwione, ale ja chyba bardziej. Nie mogłam w to uwierzyć.  Następne lekcje mijały mi jak całe tygodnie. Wreszcie koniec. Słyszę upragniony dźwięk dzwonka. Idę szybkim krokiem do domu. Poprawiam się chwilę, zostawiam torbę. Powiedziałam mamie tylko: „Wychodzę. Nie wiem, kiedy wrócę. Pa.”. Nie zdążyła nawet spytać, gdzie idę, a już mnie nie było. Spojrzałam nerwowo na zegarek. Była 13.57. Jacek czekał już w parku. Chodził od drzewa do drzewa, wyczekując mojego przyjścia. Przywitaliśmy się. Byłam podenerwowana, bo nie wiedziałam, o co mu chodzi. Jacek spytał, czy możemy razem chodzić. Zgodziłam się, ale nie rozumiałam, co się stało.  Nigdy przecież nie był mną zainteresowany. Okazało się, że owszem był i to od dawna, tylko bał się mojej reakcji i czekał, aż Olka z nim zerwie. Ucieszyłam się.

Poszliśmy na długi spacer. Przez cały czas rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Wyglądało to tak, jakbyśmy robili tak od zawsze. Idąc przez park zauważyłam piękne motyle. Latały z kwiatu na kwiat. Były tak lekkie i delikatne. Chciałam ich dotknąć, potrzymać je, ale Jacek mnie powstrzymał. Okazało się, że interesuje się motylami od dawna.

– Gdybyś próbowała któregoś złapać, jego skrzydła uległyby zniszczeniu, a on sam mógłby stracić życie, a przecież motyle żyją tak krótko… – opowiedział z troską i jakąś nieznaną mi dotąd zadumą w głosie. – Wiesz, jak się nazywają o te? – wskazał na kolorowe mozaiki fruwające niczym kwiatki na wietrze. Skąd mogłam wiedzieć. Były piękne i to mi wystarczyło. – To rusałki pawik, są najpiękniej ubarwione. – „Rusałka” – pomyślałam, jak ładnie. Oglądaliśmy je bardzo długo. To było niezwykłe widowisko, bo fruwało ich wkoło mnóstwo.

Zrobiło się późno i musiałam wracać do domu. Na koniec krótkie pożegnanie i niestety  rozstanie, ale za to z niezwykłym uczuciem. Uczuciem odwzajemnionej miłości. Czułam się tak lekko i swobodnie jak nigdy dotąd. Chciało mi się fruwać, zupełnie jak rusałka – pomyślałam. Szłam chodnikiem do domu, skacząc po kałużach, ciesząc się przy tym jak dziecko.

Na drugi dzień w szkole przyszłam pod salę matematyki, gdzie miałam pierwszą lekcję. Wymieniłam z Jackiem porozumiewawczy uśmiech. Chwilę rozmawialiśmy. Wszyscy już wiedzieli, że jesteśmy razem. Miałam wrażenie, że tylko o nas mówią, ale nie obchodziło mnie to. Najważniejsze, że byliśmy razem.

Kolejnego dnia Jacka nie było w szkole. Nie wiedziałam, co się z nim stało. Nie odbierał ode mnie telefonów, nie odpisywał na SMS-y. „Pewnie jest chory” – pomyślałam, ale na koniec pani wychowawczyni przekazała nam złą wiadomość. Jacek miał wypadek w drodze do szkoły. Jest w szpitalu, jego stan jest poważny. Gdy to usłyszałam, serce zaczęło mi mocniej bić. Moje oczy zaszły łzami. Nie wiedziałam, co mam myśleć. Zerwałam się szybko z krzesła i pobiegłam na najbliższy przystanek. Wsiadłam w autobus i 10 minut później byłam w szpitalu. Wymamrotałam jakieś pytanie pielęgniarce. Ona wskazała mi salę. Nie mogłam tam wejść. Widziałam go tylko przez niewyraźną, zamazaną szybę, a obok łóżka stała jego mama. Cały czas był nieprzytomny. Ten straszny widok wprost mnie zmroził. Jacek, podłączony do kilku respiratorów, sieci kabli, cały owinięty był w bandaże. Czuwałam przy nim w nocy, ale rano przyjechała po mnie mama i zawiozła do domu. Przespałam kilka godzin. Gdy się obudziłam, mama patrzyła na mnie zdenerwowana, jakby chciała mi coś powiedzieć. Nie zdążyła. Sama się domyśliłam. Mówiła, że nic nie dało się zrobić. Krzyczałam tylko „Nie, to nie możliwe!”. Przepłakałam całą noc.  Byliśmy parą tak krótko, ale byłam z nim związana emocjonalnie już wiele lat i to nagłe rozstanie bardzo przeżyłam. Nasze uczucie było jak życie rusałki, piękne, ale zbyt krótkie, aby się nim nacieszyć.

Pogrzeb odbył się kilka dni po śmierci Jacka. Była cała nasza klasa, jego najbliższa rodzina, pani dyrektor i nasza wychowawczyni. Gdy usłyszałam słowa księdza: „Dla każdego z nas był zawsze życzliwy i kochany”, łzy stoczyły się same po moich policzkach. Alka mnie przytuliła.

Przez tydzień nie chodziłam do szkoły. Potem wróciłam, ale nic już nie było tak jak dawniej, bo jego nie było obok mnie. Odczuwałam wewnętrzną pustkę. Ktoś skrzywdził moją rusałkę i straciła życie. Ja żyję, ale nic mnie nie cieszy. Czasem tylko latające motyle przynoszą mi zgubiony gdzieś uśmiech. Na krótko jednak.