uczennica klasy IIa

Praca nagrodzona w I Szkolnym Konkursie Literackim Nasz kawałek świata.

 

Historia z Wyoming

 

Mieszkałam u szczytu Ziemi, na dachu nieba – gór Wyoming. Byłam jedną z niewielu dziewczyn w długiej linii właścicieli rancz. Kiedy patrzyłam na konie, które były wypuszczane na pierwszą przebieżkę i odkrywały świat  na nowo, widziałam w nich swojego niespokojnego ducha. Gdy oglądałam, jak rządne przygód bez namysłu podbijały nieznany ląd, uważałam, że są symbolem potęgi. Często, kiedy biegły przed siebie dzikie i wolne, myślałam o nich jako o pierwszych mieszkańcach Ameryki.

To, co chciałam wam przedstawić, nie jest rzeczą, którą znajdziecie w pierwszej lepszej bajeczce. Historia, którą wam opowiem, nie zdarza się na co dzień, bo niecodziennie spotykamy się z prawdziwą przyjaźnią między człowiekiem, a zwierzęciem… Człowiekiem, a koniem.

Już od maleńkości byłam wychowywana wraz z końmi. Moi rodzice mieli dużą posiadłość na szczytach Gór Skalistych niedaleko miasteczka Rock Springs. Mój ojciec był jednym z najbardziej znanych hodowców koni rasy Quarter Horse w stanie Wyoming, natomiast mama, przed swoją śmiercią, była wspaniałą kowbojką i zdobywała cudowne nagrody w wyścigach wokół beczek.

Tak naprawdę, to cała moja przygoda zaczęła się, gdy miałam dziesięć lat. Wtedy właśnie wybrałam się na samotną przejażdżkę po wspaniałych terenach tutejszych gór. To właśnie wtedy odmieniło się całe moje życie.

Patrolując granice posiadłości rancz, natknęłam się na niecodzienny widok. Wśród chaszczy stał samotny, srokaty (na oko dwuletni) koń złapany we wnyki. Przerażona zeskoczyłam z wierzchowca i podbiegłam ostrożnie do srokacza. Na mój widok zaczął się jeszcze bardziej wiercić, co mogło doprowadzić do tragedii. Świadoma tego co robię, zaczęłam powoli przysuwać się do „więźnia”. Gdy byłam już na tyle blisko, żeby rozbroić narzędzie zbrodni, klaczka rzuciła się w moją stronę. Na szczęście w ostatniej chwili zrobiłam unik. Odsunęłam się, żeby ponownie nie doprowadzić do takiej samej sytuacji. Szybko wsiadłam na swojego wierzchowca, który cierpliwie na mnie czekał i pognałam szybkim galopem do domu, by wezwać pomoc.

– Tato! – zwołałam zdyszana. Byłam tu tak szybko, że aż się kurzyło. Mój ojciec, jak to miał w zwyczaju, zajmował się końmi w stajni. Kiedy mnie zobaczył, pobladł. – Tato! Znalazłam młodą klaczkę, która wpadła we wnyki. Musimy jej pomóc!

Mój ojciec bez chwili zastanowienia wziął linę i zwinnie wskoczył na mojego konia, tak, że siedział za mną. Pomknęliśmy przez las do miejsca, w którym znalazłam dwulatkę. Była tam nadal, ale nie szarpała się tak jak wcześniej.

Z pokorą czekała na śmierć. Ten widok szczerze mnie wzruszył. Tata zwinnie zarzucił kobyłce pętlę na szyję, zeskoczył z konia, podbiegł do niej i zaczął rozbrajać wnyki. Klacz bardzo się wierciła, kiedy jej kończyna została uwolniona, ruszyła galopem. Ale nie mogła odbiec zbyt daleko, ponieważ lina nadal była przywiązana do siodła. Razem z moim tatą pojechaliśmy do domu wraz ze sprzeciwiającym się koniem.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, zaprowadziliśmy srokacza do stajni i opatrzyliśmy mu ranę. Kiedy z niej wyszliśmy, skierowaliśmy się w stronę  domu. Przy obiedzie nieśmiało zadałam ojcu pytanie:

– Tatusiu, moglibyśmy ją zatrzymać? – spojrzałam badawczym wzrokiem, z ogromną nadzieją. – Będę się nią opiekować, obiecuję.

Spojrzał wtedy na mnie uważnie. W jego oczach było widać smutek. Po chwili westchnął i powiedziała:

– Kochanie – zaczął powoli. – To jest Mustang. Nie możemy go zatrzymać. Nawet jak bardzo byś chciała, to nigdy nie uda Ci się go udomowić. Raz go wypuścisz ze stadem, a pogna w nieznane i poprowadzi stado.

Zaczęłam analizować jego słowa i zrozumiałam.

– A więc o to chodzi. – zaczęłam podnosić głos. – Chodzi Ci o to, że ona może ci „zepsuć” stado, prawda? Tato… Mnie nie zależy na tym, żeby ona spędzała czas na pastwiskach ze wszystkimi końmi… Tylko żeby została. Ona inaczej nie przeżyje.

Z płaczem wybiegłam do boksu, w którym przebywała klaczka. Wystawiłam rękę, na której miałam zapasową kostkę cukru.

– Trzymaj maleńka – zaczęłam cicho do niej mówić. – Nie pozwolę, by Cię stąd zabrali. Nie, póki ja tutaj mieszkam. Przysięgam.

Od czasu danej sobie obietnicy nie rozmawiałam z ojcem. Co noc, kiedy wszyscy spali, wymykałam się do stajni i oswajałam kobyłkę. Z każdym dniem robiłyśmy postępy. Po dwóch tygodniach, kiedy otwierałam bramę, a klacz nie była przywiązana – nie uciekała. Chodziła za mną, nie opuszczając mnie na krok. Kilka tygodni później zaczęłam przyzwyczajać ją do ogłowia. Nie chciałam jej zakładać siodła, bo uważałam, że jazda na oklep jest o wiele bardziej ekscytująca.

– No dalej Found – zaczęłam ją zachęcać, żeby zrobiła krok. – Wiem, że dasz radę. Proszę, rusz się. Found zrobiła kilka kroków. Czułam się tak, jakby rozumiała każde moje słowo.

Minęły dwa lata. Przez ten czas zdążyłam zajeździć srokaczkę. Byłyśmy nierozłączne, stanowiłyśmy idealną parę. Jednak pewnego słonecznego dnia znaleźli się ludzie, którzy chcieli to zniszczyć.

Kiedy szkolny autobus zajechał pod mój dom, zobaczyłam przed nim duży koniowóz przeznaczony dla kilku koni. Nie przejmując się niczym, weszłam do domu, usiadłam do stygnącego już obiadu. Po chwili usłyszałam żałosne rżenie i krzyki ludzi:

– Złapcie ją! – krzyczał jakiś mężczyzna. – Nie dajcie jej uciec. Srokaty Mustang jest warty kupę forsy.

Nagle dotarło do mnie, o jakim koniu była mowa. Zerwałam się z krzesła i wybiegłam na zewnątrz. To, co zobaczyłam, było wstrząsające. Czterech mężczyzn trzymało liny, które były zaczepione o głowę Found. Kobyłka rżała z przestrachem i co chwilę stawała dęba.

– Puśćcie ją! – krzyknęłam, a w moich oczach zaczęły zbierać się łzy. – Ona jest moja. Zostawcie mojego konia.

– Ten koń nie należy już do Ciebie – powiedział tęgi mężczyzna stojący przede mną. – Twój ojciec właśnie go nam sprzedał. Będziesz mogła ją zobaczyć za dwa tygodnie na turnieju ujeżdżania dzikich mustangów.

Spojrzałam na mojego tatę. Jeszcze nigdy nikt tak mnie nie zranił. A tym bardziej własny ojciec. Podeszłam do niego z zaciśniętymi pięściami.

– Jak mogłeś! – krzyknęłam mu prosto w oczy. – Wiedziałeś, ile ona dla mnie znaczy! Nienawidzę cię!

Pobiegłam w stronę Found i przytuliłam się do niej.

– Cichutko maleńka – zaczęłam szeptać jej do ucha.– Za chwilę nas stąd wyciągnę.

Skierowałam się w stronę tęgiego mężczyzny.

– Przepraszam? – spytałam z wahaniem. – Czy mogłabym pomóc panom ,,zapakować” konia do przyczepy? Mężczyzna spojrzał na mnie, uśmiechnął się i pokiwał twierdząco głową.

Ponownie podeszłam do klaczy i zdjęłam z niej trzy z czterech pętli. Powoli zaczęłam prowadzić ją w stronę koniowodu. W pewnej chwili wskoczyłam na nią i pognałam na łono natury. Pędziłyśmy jak wiatr, nie zważając na nic wokoło. Nagle usłyszałam za nami warkot samochodów. Z trzech stron byłyśmy otoczone, a przed nami rozciągało się urwisko. Nie miałam zamiaru się poddać. Nie teraz, kiedy prawie mogli mi ją odebrać. Przyspieszyłam kobyłkę i mimo krzyków ludzi z samochodów, pognałyśmy przed siebie prosto w przepaść urwiska.

Spadałyśmy wolno. Nie mam pojęcia czemu, ale na mojej twarzy zagościł promienny uśmiech. Wreszcie czułam się naprawdę szczęśliwa i wolna…A potem nastała tylko ciemność…