uczennica klasy IIIe

Praca nagrodzona w I Szkolnym Konkursie Literackim Nasz kawałek świata.

 

Historia

– Mam na imię Paul, w ten jesienny wieczór kończę 85 lat. Przychodzę co roku właśnie tutaj, w dzień moich urodzin. Robię to, gdyż wiąże się z tym pewna historia. Miała ona miejsce 61 lat temu.

Opowiadam o swojej przeszłości każdemu, kto chce słuchać.

Gdy miałem 24 lata spotkało mnie coś, czego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi.

28 listopad. Przed wejściem do tego, jak się później okazało, feralnego podziemnego metra, miałem złe przeczucia. Myśli kłębiły mi się w głowie jedna po drugiej. Głupie myśli. Pamiętam idealnie wszystkie twarze, które choćby mignęły mi przed oczami. Starszy pan w beżowym kapeluszu, młoda kobieta z dzieckiem w wózku oraz on, chłopak mniej więcej mojego wieku o smutnych oczach, lecz roześmianej twarzy. Metro spóźniało się już 15 minut. Zdenerwowanie wśród ludzi rosło. Bali się, że nie zdążą do pracy, ominie ich ważne spotkanie. Chłopak stał spokojnie nadal uśmiechnięty, po jego postawie było jednak widać, że się niecierpliwi. Po dwóch minutach narzekań, jęków i ogólnego zdenerwowania przyjechał pociąg. Tłum pchał się, jeden przez drugiego. Wiele osób nie miało miejsc siedzących. Ja sam stałem, trzymając się jedynie uchwytu, który zamontowany przy górnej rurze zwisał w dół. Zdenerwowanie wśród ludzi opadło. Spojrzałem w kierunku chłopaka spotkanego na peronie. Zauważyłem, że on też nie znalazł miejsca siedzącego. Wciąż z uśmiechem na twarzy, oparty o okno patrzył w dal, na ciemny tunel. Nagle poczułem mocne uderzenie w głowę, straciłem przytomność i opadłem na zimną, twardą podłogę wagonu. Przebudziłem się. Nie mogłem sobie nic przypomnieć. Głowa bolała, skronie pulsowały. Rozejrzałem się dookoła, przypomniało mi się, gdzie jestem, co tam robię. Powybijane szyby, nieprzytomni, martwi ludzie. Pod wpływem silnego bólu głowy skuliłem się, wtedy podszedł do mnie on, podtrzymał mnie tak, żebym nie upadł. Zapytał, czy mi słabo, czy mogę się poruszać. Odpowiedziałem, że nic mi nie jest, że dam radę stać. Ruszyliśmy w stronę wyjścia.  Na zewnątrz nie było nikogo. Wyjście z tunelu było zasypane gruzami. – Więc utknęliśmy – stwierdził. – Musimy pomóc tym, którzy nadal są w metrze. A tak w ogóle to jestem Dan.

– Paul – odpowiedziałem. W środku było ciemno. Znalazłem latarkę i pomogłem wyprowadzać rannych i nieprzytomnych ludzi. Okazało się, że Dean studiuje medycynę. Skrawkami materiału zabandażowaliśmy rannych. Gdy wszyscy znaleźli się na zewnątrz, padliśmy na podłogę. Byliśmy wyczerpani. Ludzie nie mieli nawet sił panikować, krzyczeć ani nawet płakać. Wszystkich razem było nas około dziesięciu. Dziewiątka z nas była w nie najgorszym stanie, lecz jeden mężczyzna doznał poważnego urazu głowy, miał złamane żebra, nie mógł się poruszać. Próbowaliśmy zadzwonić po pomoc, niestety nikt nie miał zasięgu. Dean postanowił, że pójdzie w drugą stronę szukać innego wyjścia.

– Zabieram latarkę, nie bójcie się, na pewno wrócę i sprowadzę pomoc. Nikt nie próbował go powstrzymać, każdy chciał wydostać się stąd jak najprędzej. Podszedłem do niego.

– Pójdę z tobą, może ci się przydać pomoc.

– Nie, musisz zostać i dopilnować, żeby nikomu nic się tutaj nie stało. Ja wrócę, nie martw się o mnie – uśmiechnął się pogodnie i odszedł. Czekaliśmy na niego w milczeniu. Minęło piętnaście minut, Dean był z powrotem.

– I jak? – zapytałem z nadzieją.

– Nie wygląda to najlepiej – odpowiedział z ponurą miną.

– Rozumiem.

– Posłuchajcie mnie wszyscy – rozkazał. – Po drugiej stronie jest tak samo. Zdaje się, że utknęliśmy tu na dłużej. Musimy czekać na pomoc, prędzej czy później na pewno nadejdzie. Musimy współpracować. Zbierzmy wszystkie zapasy wody i jedzenia,  podzielimy je po równo.

– Chwila, od kiedy ty tu dowodzisz? – rzucił ktoś z tyłu.

– A masz kogoś innego, kto może wydawać polecenia odnośnie rannych? On się zna na medycynie – odpowiedziałem gorzko, broniąc Deana.

– Ile mamy płynów? – zapytał mnie.

– Sześć butelek wody i jeden termos z herbatą.

– Wystarczy może na trzy dni, kiepsko.

29 listopad. Wody ubywało, jedzenia też. Każdy bał się coraz bardziej, nikt z nas przecież nie chciał umierać. Zaprzyjaźniłem się z Deanem. Był niesamowitą osobą. Pewnego dnia zaczął opowiadać mi o swojej przeszłości.

– Gdy skończyłem 18 lat, moi rodzice umarli. Zostawili mnie i moją siostrę samych. Moja młodsza siostra była chora, leżała w szpitalu. Ja chodziłem do szkoły, pracowałem, żeby jakoś przeżyć. Odwiedzałem Lisę codziennie. Przynosiłem jej do szpitala ulubione komiksy. Wtedy ona mówiła „Dziękuję braciszku”. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Postanowiłem pracować więcej i ciężej, po to by zabrać Lisę do najlepszej restauracji, kupić jej wymarzony prezent, wszystko żeby tylko usłyszeć jej wdzięczność. Oczywiście lekarze nie pozwolili mi jej zabrać, dlatego zakradłem się w nocy i zabrałem ją. Poszliśmy główną ulicą. Wszystkie drzewa i latarnie przystrojone były w kolorowe światełka. Lisa była zachwycona, oglądała to wszystko zza moich pleców. Zabrałem ją do restauracji. Szliśmy dalej i w pewnym momencie ona powiedziała „Dziękuję”. Tylko to słowo trzymało mnie przy życiu. Dzięki jej wdzięczności mogłem normalnie funkcjonować. Minęły święta. Lisa nadal przykuta była do szpitalnego łóżka. Czekała na przeszczep. Lekarze nie mogli znaleźć dawcy. Tydzień później odeszła. Zrozumiałem wtedy, że tak naprawdę ona była dla mnie wszystkim, była moim celem w życiu. Dlatego chciałem zostać lekarzem. Żyć dla innych, którzy mówiliby mi „dziękuję”.

Zwierzenie Deana poruszyło mnie. Był dla mnie kimś w rodzaju wzoru do naśladowania. Przytuliłem go jak przyjaciela i wyszeptałem „Dziękuję”. On odwzajemnił uścisk i odpowiedział „Nie ma za co”. Po jego policzku spłynęła jedna, samotna łza.

03 grudnia. Kolejny dzień. Pomoc nie nadeszła. Nie mamy wody ani jedzenia. Nie mamy już nic oprócz nadziei. Umarł mężczyzna, ten który był w ciężkim stanie. Dean był na siebie wściekły, za to że nie umiał mu pomóc. Ludzie bali się, że zanim pomoc nadejdzie, po prostu umrą. Byliśmy wyczerpani. Leżałem z Danem na wznak,  gdy nagle on się poruszył i wyjął z kieszeni dowód. Popatrzył na niego i zapytał: – Masz może długopis? Sięgnąłem do kieszeni kurtki i podałem mu go. Patrzyłem, co robi. Bez dłuższego namysłu Dean zaznaczył w swoim dowodzie, że po swojej śmierci chce być dawcą organów. Zapytany dlaczego to robi, odpowiedział.

– Chcę na końcu zostawić coś po sobie, rejestruję się jako dawca. Wierzę, że dzięki temu uda mi się kogoś uratować. Dzięki temu, gdy umrę, moje życie może się do czegoś przydać. Będzie miało jakiś sens.

Rozumiałem, o co mu chodzi, myślał o siostrze. Ja także wyciągnąłem swój dowód i poszedłem w ślady mojego nowego przyjaciela. Gdy ludzie dookoła zrozumieli, co się dzieje, zrobili to samo.

– Zobacz Dean. Nawet ogarnięci rozpaczą, powierzają swoje nadzieje innym. Nadałeś naszemu życiu sens. Nagle spod gruzów przebiło nikłe światełko.

– Dean wstawaj, przyszli po nas. Uratowali nas. Nie odpowiadał. Oparłem się na łokciach, żeby na niego spojrzeć. Jego oczy były zamknięte. Śpi, pomyślałem. Potrząsnąłem jego ramieniem, bez rezultatu. Zacząłem krzyczeć, żeby się obudził. Przytuliłem Deana i zacząłem płakać. Pamiętam te wszystkie wydarzenia, jakby to było wczoraj. Takich rzeczy się nie zapomina, one odciskają się w pamięci na zawsze. Twarze przerażonych ludzi. Uśmiechnięta twarz Deana. Pamiętam też, co powiedziałem mu w ostatni dzień. „Jeśli umrzesz, a ktoś otrzyma twoje serce, będzie mówił ci „dziękuję” do końca swojego życia”.